Jak na to nie popatrzymy, jedno jest pewne: święta Faustyna jest postacią niezwykłą i fascynującą. Intryguje ludzi o różnych światopoglądach, o odmiennych zainteresowaniach i orientacjach, zarówno Polaków jak i cudzoziemców. Powstało w związku z tym sporo monografii6, niejako wbrew woli bohaterki, która za wszelką cenę pragnęła uniknąć rozgłosu.
Jeżeli pochylimy się przez chwilę nad biografią Heleny Kowalskiej (1905-1938), to uznamy ją za wielce typową - przynajmniej do pewnego etapu - dla swoich czasów. Pobożni rodzice-rolnicy, ogromna dwunastoosobowa rodzina, nędza w domu, wczesne rozbudzenie religijne, trzy klasy szkoły podstawowej, przerwana nauka i pierwsza praca zarobkowa w wieku 16 lat. A później wątki biograficzne stają się zgoła niekonwencjonalne: stanowczy sprzeciw ojca wobec planów wstąpienia do klasztoru, opuszczenie domu i cztery lata pracy w celu zdobycia skromnego posagu klasztornego, wstąpienie w wieku 20 lat do Zgromadzenia Matki Bożej Miłosierdzia w Warszawie, dłuższe pobyty w placówkach zakonnych w Krakowie i Wilnie, w 1933 początek gruźlicy płuc, kilka kuracji: szpital na Prądniku Białym, sanatorium w Rabce, śmierć po kilkuletniej chorobie, beatyfikacja 1993, kanonizacja 2000. Tyle w największym skrócie.
Właściwie na dobrą sprawę nie wiadomo z jakim miastem czy miejscem należy Faustynę identyfikować. Niby z Krakowem, bo tu przecież pochowana i jako zakonnica spędziła najwięcej czasu (ponad pięć lat); dla porównania w Wilnie bawiła wszystkiego niecałe trzy lata, a w Warszawie prawie dwa. Tak naprawdę jednak nie przywiązała się do żadnego z tych miejsc, w Dzienniczku nie znajdziecie żadnych śladów sympatii do miejscowości, w których przyszło jej przemieszkiwać. I nic w tym dziwnego, gdyż Faustyna już za życia była osobą jakby nie z tego świata. Zmuszona do tworzenia Dzienniczka unikała pisania o sprawach i rzeczach ziemskich, gdyż nie one były obiektem jej zainteresowań. Czasem słyszymy w jej wynurzeniach nuty jakby wydobyte ze średniowiecznych tekstów źródłowych o katarach i albigensach: „o jak bardzo odczuwam, że jestem na wygnaniu” [s. 224], „czuję rozkład własnego trupa” [s. 315]; „ziemia mi jest straszną pustynią” [s. 224], ale zarazem przewija się przez cały Dzienniczek pochwała życia szarego i zwykłego. Siostra drugiego chóru Faustyna Kowalska spełniała co prawda doczesne posługi w placówkach klasztornych (tzw. „drugi chór” oznaczał w praktyce: pranie, sprzątanie, gotowanie, zmywanie naczyń, prasowanie, palenie w piecach, dyżur na furciea, pracę w ogrodzie), ale ona wykonując te czynności lepiej lub gorzej, duchem unoszącym się w ekstatycznych wizjach przebywała w przestrzeniach niematerialnych, doświadczała tajemnic Bożego Miłosierdzia i spraw całego świata, całej ludzkości (por. Dzienniczek siostry Marii Faustyny Kowalskiej, wydanie II, Wydawnictwo WAM Księża Jezuici, Kraków 1987, s. 250)7.
Wizje i niezwykłe stany były naturalnie udziałem tylko Faustyny, otoczenie przyszłej świętej nie dostrzegało niczego poza mistyczką w stanie ekstazie. Jedynie w Wilnie w roku 1934 jedna z dziewczynek widziała wraz Faustyną promienie Bożego Miłosierdzia rozchodzące się na cały świat. W tej kluczowej wizji promienie z boku Chrystusa, blady i czerwony (oznaczają one sakramenty, wyjaśnia to sama Faustyna [s. 97]) rozchodzą się na cały świat [s. 124]. Sekretarka Bożego Miłosierdzia pisząc o swych wizjach przedstawiała skrupulatnie treść przesłania, natomiast o wyglądzie zaświatów, Chrystusa lub aniołów szczegóły są mniej niż skąpe, jakby ten aspekt był drugorzędny lub niemożliwy do wyrażenia w słowach. Faustyna widziała Jezusa wielokrotnie, czasem kilka razy dziennie: w celi, na spacerze, najczęściej w kościele podczas mszy. Objawiał się jej jako dziecko wyciągające rączki z kielicha, jako oblicze w hostii, jako młodzieniec-żebrak pukający do furty [s. 293].
